Cześć!
Ten wpis miał powstać dużo wcześniej, ale powiem szczerze,
że zupełnie nie miałam natchnienia żeby go napisać. I tak sobie dzisiaj
pomyślałam, że za długo to już trwa więc do dzieła!
Jak już wcześniej wspominałam byliśmy w Bieszczadach trzy
dni. Pierwszego zdobyliśmy Tarnicę, drugiego padało (tak, tak, prognozy jednak
miały trochę racji) zatem o wyjściu w góry nie było mowy. Za to ostatni dzień
dał nam szansę pożegnać się z górami na szlaku w pełnym słońcu.
Gdzie idziemy nie było wątpliwości: Połonina Wetlińska.
Byłam tam już dwa razy jednak wycieczka szkolna w podstawówce się nie liczy, a
drugie podejście miało finisz przy Chatce Puchatka. Zatem po śniadaniu
zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy do Wetliny gdzie jest wejście na
szlak. Domyślałam się, że tym razem będzie zdecydowanie więcej ludzi niż przy
wejściu na Tarnicę głownie ze względu na piękną pogodę, ale również biorąc pod
uwagę trudność trasy. Nooo ale kolejki do kasy to się nie spodziewałam.
Jednak czym tu się przejmować, pogoda piękna, godzina
wczesna easy :D (bilety standardowo 3,5zł ulgowy, 7zł normalny)
Szlak prowadzi do schroniska PTTK tzw. Chatki Puchatka.
Wejście zajmuje jakieś 1,5h i trasa prowadzi częściowo lasem gdzie jest trochę
stromo ,a ścieżka pokryta kamieniami, lecz potem wychodzimy już na o wiele
bardziej przyjazne połoniny. Trasa jest stosunkowo łatwa i niedługa. Po dojściu
do schroniska można zrobić kilka zdjęć i wrócić tą samą trasą. Jednak my
zdecydowaliśmy się pójść jeszcze kawałek połoniną na najbliższy szczyt Osadzki
Wierch. Trasa w normalnych warunkach jest bardzo przyjemna, gdyż idzie się
szczytami wąską ścieżką. Tutaj trudność polegała na tym, że cały poprzedni
dzień padało i ścieżka była bardzo błotnista.
My po dojściu na Wierch zawróciliśmy i wróciliśmy tą samą
trasą, ale wiem, że można iść dalej i zejść ze szlaku w Smerku (o ile się nie
mylę). Tę wersję sobie odpuściliśmy, bo wiązał asię ona z kilkukilometrowym
spacerem szosą do parkingu gdzie został samochód. Myślę, że to wersja dla mniej
mobilnych.
A teraz o tytułowych cwaniakach. Tak, tak to były lisy. Ale
bardzo ciekawskie i wyjątkowo oswojone. Już przy wejściu na szlak spotkaliśmy
jednego gdy pan go karmił kiełbasą :D
Myśleliśmy, że to jakaś atrakcja turystyczna na zachętę, ale nie. Dalej
spotkaliśmy jeszcze dwa. Obydwa przychodziły do ludzi, ustawiały się do zdjęć,
potem wąchały kto ma jedzonko i dopiero potem sępiły żeby coś im dać. Ale jak
na cwaniaka przystało nie zjadały tego od razu tylko zakopywały. Przecież w
zimie nie będzie turystów, a też trzeba coś jeść :D
Mówiłam już, że to był nasz ostatni wyjazd w tym roku? Otóż
sprawy uległy zmianie. Przecież listopad to też dobry moment na weekendowy
wyjazd. Gdzie? A to już w następnym wpisie.
Pozdrawiam i zachęcam do weekendowych wyjazdów, bo każda
pora roku jest dobra :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz